Wróciłam z ferii, z Austrii. Ogólnie wyjazd bardzo udany. Dopisała nam pogoda, ani razu nie padał śnieg czy deszcz, nie było mgły, świeciło słońce. Przepiękne widoki. Nasyciłam oczy górami. Był to jednak zupełnie inny wyjazd. Tym razem z dziećmi, tym razem bez Tomka.

Parę razy ogarnął mnie smutek. Pojechaliśmy w miejsce, w którym kilka razy byłam z Tomkiem, dużo więc wspomnień wyświetlało mi się w głowie. Zawsze wyjazdy do Austrii na narty były takie „nasze”. Uwielbialiśmy ten klimat, taki sposób spędzania czasu. Wyjazdy na narty były naszymi pierwszymi samotnymi wyjazdami po pojawieniu się dzieci. Tylko my, dla siebie. Dlatego też przeczuwałam, że nie będzie łatwo, wiedziałam, że będzie to kolejne przełamanie, ale jakże konieczne do kolejnego kroku ku nowemu.

Wzmocniłam się. Dotarło do mnie, tam na górze, że tak wiele przetrwałam i zachowałam przy tym radość życia, dostrzegam piękno otaczającego mnie świata, potrafię zmienić negatyw w pozytyw (chociażby stwierdzając – ta śmierć musi coś mi dać), wyznaczam sobie kolejne cele, poznaję nowych ludzi, jestem w ruchu. Żyję, po prostu żyję. I tam na górze uwierzyłam, że będzie dobrze. A jeżeli moja głowa będzie gadała, że to za trudne i że nie wiem, czy dam sobie radę, ja spojrzę na to, co zrobiłam do tej pory i zaśmieję się jej w głos. Nabrałam siły w górach. Doświadczam tu pełni, jedności ze światem. Ta przestrzeń, która zewsząd mnie otacza, daje mi moc.

Wróciłam z gór z refleksją, że jestem nie tylko silna, ale i słaba. Tak, jestem słaba. Rozsypuję się, płaczę, złoszczę i irytuję. Czasami nie mam siły ruszyć się z łóżka. Ale już nie walczę z tymi stanami. Daję im wybrzmieć. Daję wybrzmieć bezsilności, smutkowi i złości, bo już wiem, że nadejdzie moment kiedy wstanę, uśmiechnę się i pełna radości oraz wigoru ruszę do przodu. Tak, jestem silna i słaba.

Tym wyjazdem zrobiłam kolejny krok do przodu – odczarowałam kolejne magiczne miejsce „ja i Tomek”. Teraz będzie to miejsce „ja i dzieci” oraz rodzina i przyjaciele. Bo byli oni teraz ze mną i było nam dobrze razem. Bezcenne jest zobaczyć radość i błysk w oczach mojego teścia, który mimo smutku w sercu powiedział, że tym wyjazdem spełnił marzenie swojego życia. To jedno z moich cudownych wspomnień z tego wyjazdu.

A ostatni dzień po prostu nas rozpieścił widokami. Stałam tam na górze i przelewała się przeze mnie euforia. Co chwilę mówiłam: „jak tu pięknie”. Syn śmiał się, że mama w kółko powtarza to samo. A ja naprawdę trwałam w zachwycie.

Dodaj komentarz