Zobaczyłam wczoraj piękny i bardzo wstrząsający film „Chłopiec z latawcem”. 
Rzecz o przyjaźni i odrzuceniu, odwadze i tchórzostwie, miłości i przemocy, zmianach i ucieczkach zarówno tych w przestrzeni zewnętrznej, jak i wewnętrznej – od siebie, od odpowiedzialności, od poczucia winy, od własnych słabości i wreszcie o tym, że znacznie prościej jest kogoś złamać i odrzucić, niż spojrzeć w lustro i naprawić siebie. Popłakałam się kilka razy. 

Film piękny nie tylko treścią, ale i obrazem. Historia zaczyna się Kabulu w połowie lat 70. ubiegłego wieku, mieście radosnym, nad którym, jak kolorowe ptaki, wznoszą się latawce puszczane przez młodych chłopców, a kończy się w Kabulu rządzonym przez Talibów, mieście pełnym karabinów i mężczyzn o srogich twarzach.

Pierwsza myśl, jaka pojawiła mi się po obejrzeniu tego filmu, to wdzięczność za to, że mieszkam w bezpiecznym kraju, że moja rodzina jest bezpieczna, że nie muszę uciekać, że jestem wolna, że mogę swobodnie się wypowiadać, ubierać tak jak chcę, być kim chcę, chodzić gdzie chcę…

Druga myśl dotyczyła przemocy i okrucieństwa człowieka wobec człowieka, przemocy, która mnie brzydzi…

Trzecia myśl związana była ze zmianami, z tym, że niewiele trzeba, by nasze życie i status społeczny kompletnie się zmieniły, że w krótkim odstępie czasu z wpływowego, bogatego człowieka mieszkającego w wielkim domu ze służbą, możesz zostać sprzedawcą papierosów na stacji benzynowej. I jak ważne wtedy jest to, co mamy w środku, jak ważna jest nasza wewnętrzna siła, spokój i harmonia, by pozostać sobą, by ocaleć. Bo dekoracje się zmieniają, a prawdziwe bogactwo nosimy w środku…



Dodaj komentarz