Od 20 lat (tak, 20 lat, jak ten czas leci….) na 11 listopada jeżdżę w góry z przyjaciółmi ze studiów i okresu studiów.

Pierwszą tzw. „Wycieczkę socjologów” urządziliśmy na pierwszym roku studiów. Spaliśmy wówczas na Młodej Horze i Przegibku. Potem schroniska się zmieniały, góry także, wyszliśmy poza Beskid Śląski i Żywiecki w Tatry, później Sudety. Zdarzały się wyjazdy, kiedy w koszulkach z krótkim rękawem leżeliśmy na trawie, wystawiając twarz do słońca. Innym zaś razem niezbędne były czapki i ciepłe rękawiczki (tak chociażby jak teraz, kiedy to w sobotę obudził nas krzyk dzieci „mamo śnieg, idziemy lepić bałwana”).

Skład ekipy zmieniał się nieznacznie, dochodziły nowe osoby. Raz było nas więcej na wyjeździe, raz mniej, ale prawie zawsze trzon pozostawał bez zmian. Kończyliśmy studia, zaczynaliśmy pracować, nastał czas ślubów, przyszła pora na dzieci. I dziś, już z dzieciakami, odwiedzamy kolejne schroniska.

Piękne jest, że to trwa, że nadal nam się chce, że od kilku lat robimy sobie drobne prezenty (w zasadzie pojawienie się dzieci wyzwoliło tę energię), że po prostu jesteśmy. Dużo rozmawiamy, poważnie i mniej poważnie, a i zdecydowanie niepoważnie, śmiejemy się. Czasami nie trzeba nic mówić, tylko wypić razem kawę i nie tylko. Na te 2-3 dni jesteśmy dla siebie. Cieszę się, że mogę być częścią tej całości. Dla mnie to ogromna wartość.

Dzisiaj córka powiedziała mi, że już tęskni za górami. Ja też.

Dodaj komentarz