Zadzwoniła do mnie Basia i mówi: „no, nareszcie coś napisałaś na blogu, bo już dawno Cię nie było”. No właśnie. Nie było, bo wakacje pełne wyjazdów. Wakacje cudowne, bogate we wrażenia, doznania. Co jednakże wiązało się z ciągłym pakowaniem, byciem w drodze. Przyjeżdżam, piorę, pakuję się, wyjeżdżam i tak razy trzy. Nie miałam czasu na pisanie, na refleksje. Wsiadłam do pociągu ekspresowego. Przed oczami miałam cel, stacje do których chcę dojechać. Tam na chwilę się zatrzymywałam, wysiadałam, chłonęłam, wsiadałam i gnałam dalej. A to, co po drodze, co za oknami tego pędzącego ekspresu, gdzieś mi umykało, zlewało się w jedną całość. Nie dostrzegałam szczegółów.

I w tym stanie od stacji do stacji, pojawiła się pokusa następnego wyjazdu. Wyjazdu z kategorii: zawsze o takim marzyłam. Ta pokusa stała się jednocześnie dla mnie wielkim wyzwaniem. A wyzwaniem była decyzja: jechać czy nie jechać. W zasadzie, w pierwszym odruchu powiedziałam TAK koleżance, która do mnie zadzwoniła z tą propozycją. TAK powiedziane szybko, spontanicznie, bez zastanowienia się, powiedziane w pospiechu, na fali. Zapłaciłam nawet za bilety lotnicze.

I po paru tygodniach od tego TAK pojawiają się we mnie ogromne wątpliwości: czy decyzja była słuszna czy oby na pewno chcę tam jechać, czy chce w ogóle jechać, czy jestem gotowa i psychicznie i fizycznie… I wreszcie pytanie najważniejsze PO CO? Wątpliwości objawiały się ściskiem w żołądku, czarnymi myślami zalewającymi głowę, snami, po których budziłam się zmęczona, atakami paniki. Jednym słowem – odczuwałam ogromny stres w ciele. Ale głowa swoje – jedź, przyszło coś do ciebie, przełam się, bierz co ci życie daje, nie daj się lękom itp. itd. I taki monolog wewnętrzny codziennie przez ponad tydzień. Zwariować można :). Rozmawiam z przyjaciółmi, rodziną, by podzielić się tym, co we mnie….

I nagle taka myśl – przecież jeżeli jestem do czegoś tak wewnętrznie przekonana zazwyczaj nie szukam potwierdzenia na zewnątrz, po prostu to realizuje, nie targa mną tak bardzo. Przypominają mi się przeczytane słowa: „jeżeli masz wątpliwości, znaczy, że to nie Twoje”. A ja na siłę próbuję przekonać samą siebie.

Zaczynam więc szukać znaków w otoczeniu, które mają mi ułatwić podjęcie ostatecznej decyzji. Obserwuję i przyglądam się tem,u co zdecydowanie mocno przykuwa moją uwagę. I tak na coachingu po ćwiczeniu, podczas którego rozmawiamy o szczęściu, jedna z dziewczyn dzieli się swoim wnioskiem: „dzięki temu ćwiczeniu uświadomiłam sobie jak bardzo jestem szczęśliwa – mam rodzinę, przyjaciół, jestem zdrowa, mam dach nad głową”. Bam! Zaświeca mi się lampka! Godzinę później rozmawiam z Basią, która po operacji kolana jeszcze w szpitalu. Opowiada mi o tym że jest ciężko, że przed nią długa rehabilitacja, że trudno wykonywać jej podstawowe czynności itp. Bam! Lampka druga. Dostaję listę rzeczy do spakowania na wyjazd (bo miał to być wyjazd w góry). Ścisk w klatce piersiowe, zimne, mokre dłonie, chce mi się płakać. Bam! Lampka trzecia.
Rozmawiam z kolegą. Chcę, by mnie wysłuchał i przede wszystkim chcę sama siebie usłyszeć. Opowiadam jak było z tym wyjazdem od początku do końca, o swoich odczuciach, obawach, wyrzucam z siebie słowa. Nie chcę żadnych rad, bo mam przekonanie, że odpowiedź mam w sobie i że na pewno ją usłyszę. I tak się dzieje.

Zatrzymuję się, rozglądam wkoło, wyrażam wdzięczność i podejmuję ostateczną decyzję – nie jadę. Odczuwam ulgę. Jakby ktoś zdjął płytę chodnikową z mej klatki piersiowej.

Wysyłam sms-a do koleżanki, która organizowała wyjazd. Nie mam siły z nią rozmawiać.

I tak sobie myślę, że warto brać to, co życie mi oferuje i podsuwa pod nos, jednak widzę, że nie na wszystko jestem gotowa w konkretnym momencie. Wiem, że kiedyś tam pojadę, zrealizuję to marzenie, ale nie teraz. Przyjdzie czas.

Co sobie biorę z tego doświadczenia? Otóż, by być szczerym i uczciwym wobec siebie, zobaczyć PO CO coś chcę robić (choć ta prawda może czasem wcale mi się nie podobać – tak właśnie było w tym przypadku) i umieć zrezygnować, powiedzieć: nie, to nie dla mnie, nie teraz, mimo poniesionych kosztów. Być w zgodzie z sobą, ze swoimi wartościami, z tym co dla mnie najważniejsze. Zobaczyłam, że mając oczy skierowane w dal, umyka mi to co blisko, na wyciągnięcie ręki.

Po podjęciu tej decyzji żartowałam z przyjaciółką, że nie straciłam pieniędzy, które wydałam na samolot, lecz zyskałam te, których nie wydałam na miejscu. No właśnie! Mała zmiana perspektywy, a od razu widzi się inaczej!

Ale by choć trochę poczuć góry, zaczęłam czytać książkę „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci Wandy Rutkiewicz” Anny Kamińskiej.

Dodaj komentarz