Kiedy miałam siedem albo osiem lat, tata – miłośnik fantastyki – zabrał mnie do kina na „Gwiezdne Wojny”. Niewiele z tego filmu pamiętałam. Najostrzejsze wspomnienie jest takie, że trzeba było czytać, a ja wówczas nie byłam jeszcze biegła w tej dziedzinie i za wiele z filmu nie zrozumiałam. I jeszcze trochę się bałam. Tak się zaczęła i jednocześnie skończyła historia z tę serią. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek (do tej pory) chciała zobaczyć filmy, w ogóle nie czułam takiej potrzeby. Nic, a nic. Temat był mi zupełnie obojętny.

I nagle, w ciągu ostatniego miesiąca, a nawet w przeciągu dwóch tygodni, trzy osoby, z którymi rozmawiałam (na temat kina i nie tylko), osoby nieznające się, z zupełnie różnych środowisk, gorąco polecały mi „Gwiezdne wojny”, wręcz zachęcały do obejrzenia, bo – jak zaznaczyła jedna z nich – tam jest wszystko.

Pomyślałam, że widocznie przyszedł czas na „Gwiezdne wojny”. Zobaczyłam już część IV, a teraz jestem w takcie V (postanowiłam oglądać tak, jak były kręcone) i po raz kolejny doświadczam, że rzeczy do mnie przychodzą wtedy, kiedy przyjść mają, kiedy jestem na nie gotowa. Słuchając dziś Mistrza Yoda słyszałam to wszystko, o czym czytam od kilku miesięcy. Tak z głowy, na gorąco: „oducz się tego, czego do tej pory się nauczyłeś”, „nie mów spróbuję, spróbuję, po prostu zrób to”, „w ciemności zastaniesz to, z czym do niej pójdziesz”, „mówisz niemożliwe, więc jest niemożliwe”… Kilka razy wręcz zaśmiałam się w głos, myśląc „nie, to niemożliwe”.

Już się cieszę na jutrzejszy wieczór ze „starłorsami”, jak mówi me dziecię. I oczywiście popędzę do kina.

Dodaj komentarz