Skończyłam czytać książkę „Annapurna. Góra kobiet” Arlene Blum i mam ciarki na plecach (w zasadzie ciarki już miałam kiedy odpakowałam tę książkę i przejechałam dłonią po okładce). Bardzo poruszyła mnie ta historia. Historia pierwszej kobiecej wyprawy na ośmiotysięcznik, zorganizowanej w 1978 roku pod hasłem „Annapurna. A woman’s place is on top”.

Być może dlatego, że jest o kobietach, o ich sile i wytrwałości, a także o ogromnej solidarności. Być może dlatego, że jest o górach, o wyprawach, o moich niezrealizowanych marzeniach. Czytam i czuję jakbym tam była, czuję jakbym była tą liderką, jakbym musiała podejmować decyzje, przed którymi ona stawała. Czuję ten wiatr, zimno, strach przed lawinami. Kiedy dwie alpinistki giną, płyną mi łzy po policzkach. Ale i śmieję się wraz z nimi z żartów, doceniam dotyk promieni słońca, ciepło herbaty i radość z kąpieli w lodowatym strumieniu.

Mam ciary, być może dlatego, że bije z tej książki ciepło, szacunek dla drugiego człowieka i jego decyzji. Że pokazuje, iż warto żyć swoim życiem, iść za głosem serca, realizować siebie, swoje marzenia i plany, działać, przekraczać granice, próbować, wchodzić w nieznane, doświadczać. Doceniać i celebrować każdy dzień. Cieszyć się życiem.

Bardzo przemawiają do mnie słowa Jim’a Whittaker’a zamieszone na pierwszej karcie książki: „Nie da się zdobyć góry. Można na nią wejść, postać chwilę na jej szczycie, a potem i tak wiatr zdmuchnie twoje ślady”.

Dodaj komentarz