Ciężkawy dziś dzień. Od rano smutno mi było, nawet sobie trochę popłakałam przy kawie. Tak tęskno… W pracy jakoś zleciało. Po szkole do córki przyszła koleżanka, więc dziewczynki dobrze się bawiły. Syno pojechał na trening. Odbierałam go płaczącego – kolega go popycha i to już nie pierwszy raz. Martwi mnie, że nie potrafi się obronić, że nie jest waleczny. Rozmawiałam z nim na ten temat. Po powrocie do domu rozwiązywaliśmy zadania z matematyki i tym razem wyszło, że nie wybacza sobie porażek, że kiedy coś mu nie wychodzi, to mówi do siebie, że jest głupi i niemądry, że tak fatalnie siebie ocenia. Znów długo na ten temat z nim rozmawiałam, choć za bardzo nie chciał. To raczej ja byłam nieustępliwa. Pomyślałam, że nie mogę tego tak zostawić.
Być może nie uszanowałam jego zdania, być może narzuciłam mu swoje. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale już się stało. On tak bardzo jest podobny do mnie. Tak bardzo (chyba za bardzo) chciałabym go ochronić przed swoimi błędami. A może musi popełnić swoje błędy? Może za bardzo się wcinam? Już sama nie wiem. Czytam tyle i czytam, a wciąż mam mnóstwo pytań, wciąż nie wiem. I czasami mam wrażenie, że nie wiem coraz bardziej. Że czuję zamęt. Że za bardzo analizuję wszystko. Źle mi z tym. Czuję się bezsilna. No i że w tym wszystkim jestem sama, w tych dziecięcych emocjach, problemach. Szkoda, że pokazuję im tylko mój punkt widzenia, że nie ma tego drugiego spojrzenia, drugiej opinii, ale cóż jest jak jest.

Więc skoro ci z tym źle, to puść to – mówi mi wewnętrzny głos. Stało się i nie ma co tego analizować. Po prostu trzeba patrzeć przed siebie i robić swoje.

Tak dziś u mnie, takie dylematy, tak dziś rozmawiam sobie sama z sobą.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Tak myślę Monia, że cokolwiek zrobisz będzie dobrze. Jesteś przecież mamą na sto fajerek!

Dodaj komentarz