Tak, nie czułam się ostatnio dobrze. Źle na mnie działa ten przedświąteczny szum i narzucana zewsząd „słitaśna” wizja ich spędzenia, która wzmaga we mnie poczucie braku i tęsknotę za tym jak było, a jak już nie jest. Przyszedł więc dół, ale jak to już w cyklach bywa i co obserwuję w sobie od jakiegoś czasu – po nocy przychodzi dzień. Spadam, aby się odbić i skoczyć w górę. Teraz czuję że wzbijam się w górę.

Pomógł mi w tym bardzo przyjemnie spędzony weekend. W piątek coroczne spotkanie urodzinowe u przyjaciela wśród ludzi, z którymi znam się już prawie 20 lat i którymi jest mi po prostu dobrze. Dużo rozmów, dużo śmiechu… Z większością z nich widzę się raz na rok, a podczas tych spotkań odnoszę wrażenie, że czas stanął w miejscu. Cieszę się ogromnie, że są przy mnie.

W sobotę byłam na koncercie Fisha – piękny, choć początek tego nie zapowiadał. Jednak kiedy zaczął śpiewać płytę „Misplaced Childhood” wstąpiła w niego nowa energia. Zaczarował nas wszystkich, do tego stopnia, że były aż trzy bisy.

Z kolei w niedzielę w NOSR-ze doznałam znacznego skoku endorfin. Cudowny koncert symfoniczny. Fortepian z orkiestrą i rozrywająca serce muzyka Rachmaninowa. Wzruszyłam się do łez. Brak mi słów na opisanie wrażeń. Siedziałam z zamkniętymi oczami i chłonęłam i odpływałam i roztapiałam się w dźwiękach.

Do tego fantastyczne towarzystwo i szczere, prawdziwe rozmowy w samochodzie. Dziękuję.

Dziękuję za muzykę, ludzi i właśnie rozmowy. Dodam magiczne rozmowy, ponieważ – nie wiem w jaki sposób to się zadziało – ale dotknęły tych tematów, które mi ciążyły. Pewnie wysyłałam intencję i sprawy się potoczyły…

Dziś jest dobrze. Rozpoczynam nowy tydzień i nawet chce mi się kupić prezenty i choinkę, a w ubiegłym tygodniu odrzucałam daleko te myśli.

Dziś jest dobrze. Po nocy przychodzi dzień. Taki cykl, takie życie. I by było jedno, musi być drugie.

Dodaj komentarz