Zastanawiałam się, dlaczego irytują mnie osoby, które dają rady, czyli: ja wiem co mówię, ja to przeżyłam, zrobiłam to i to i TO działa i zobacz jak sobie świetnie radzę, zrób i Ty. I, o ironio! Dostrzegłam w tym siebie (bo właśnie tak to działa – to co najbardziej irytuje nas w innych, to my sami, to nasze cechy, których nie „lubimy”). Patrz jak ja sobie poradziłam, powiem Ci co masz zrobić i MUSI to też zadziałać u Ciebie. Przecież u mnie zadziałało!!! Ojej, jaki ze mnie ekspert. A jak coś nie zadziała, jak wielokrotnie się zdarzało, to ze mną coś jest nie tak. Skoro ona to robi i ma efekty, to dlaczego ja do cholery ich nie mam??? I frustracja już puka do drzwi…

A to takie proste…. Bo ja to ja, a Ty do Ty. Bo moja droga jest moja, a Twoja jest Twoja. Ty nie przejdziesz moją, ja nie przejdę Twoją. Ty za mnie nie przeżyjesz mojego życia, tak jak ja za Ciebie nie przeżyję Twojego. Jeżeli Ty ze zwinnością wdrapiesz się na drzewo, to wcale nie znaczy, że ja też to zrobię, bo np. nie mam odpowiednich predyspozycji fizycznych czy psychicznych. Ale w tym samym czasie ja z gracją przepłynę kraulem basen, a Ty ze spiętym ciałem będziesz walczył z wodą. Zrozumiałam, że to głupie mówić, że ja tak zrobiłam, patrz na mnie, spróbuj też tak zrobić, mi pomogło, dlaczego nie miałoby Tobie… To zamykanie się na zrozumienie drugiego człowieka, spojrzenie na świat jego oczami. Dawanie rad okalecza innych, powoduje, że stawiamy ich niżej niż siebie. Bo niby dlaczego wiemy lepiej? Moje doświadczenie nie powinno służyć dawaniu rad, ale powinno mi pomagać w zrozumieniu innych. Odbierając drugiemu prawo do decydowania o własnym losie, o doświadczaniu porażek, odbieramy mu poczucie sprawczości i odpowiedzialności za siebie. Każdy z nas wie co dla niego najlepsze, wie kiedy czuje się dobrze, a kiedy czuje dyskomfort, kiedy działa w zgodzie z sobą, a kiedy w dostosowaniu do innych. Każdy z nas to wie. A moja rola polega jedynie na pomocy w dotarciu do tych odpowiedzi. Idę obok Ciebie, rozmawiam, zadaję Ci pytania, a Ty szukasz w sobie odpowiedzi na nie, szukasz w sobie siebie. Ty jesteś sumą swoich doświadczeń, przemyśleń, zdarzeń. Ja widzę jedynie skrawek tego, więc nie mam prawa Ci mówić, co masz robić. Mogę się podzielić z Tobą swoim doświadczeniem, z zaznaczeniem, że jest ono MOJE, a co z niego weźmiesz, to już Twój wybór, Twoja decyzja.
Tak, miałam, a może i mam zapędy do tego, by mówić, pokazywać „patrzcie na mnie”. Z miesiąca na miesiąc coraz więcej we mnie pokory.

Dojrzałość to dla mnie odpowiedzialność za wszystkie swoje wybory. Nie, że ktoś mnie przymusił, zmanipulował, że okoliczności takie, a nie inne. Ja mam wpływ na swoje myśli. Mam wpływ na to, co wybieram. I to, że daję się zagarnąć czarnowidztwu, niemocy itp., to też mój wybór. I ja też się daję temu zagarnąć. I pływam potem w takim szambie, tracąc siły i energię. A jakże, zdarza to mi się nierzadko. Wtedy najbardziej chcę by ktoś mnie uratował, powiedział co mam zrobić, przytulił, pogłaskał. Tylko, że jak następnym razem, znów w tym szambie będę pływać, znów będę wypatrywać wybawiciela. A co jeżeli któregoś razu on nie nadejdzie? Utopię się czy poszukam wsparcia w sobie?

Tak sobie właśnie rozmyślałam o tej odpowiedzialności i w minioną sobotę byłam na spotkaniu z Tresurą Matrixa. I o czym było? No właśnie, o odpowiedzialności. Synchroniczność….

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Monia jak bardzo mam to samo, jak bardzo nie lubię tego u siebie, chyba jeszcze bardziej niż u innych. Ale nie umiałam tego nazwać.

Dodaj komentarz