Za mną fantastyczny weekend jogowy w Lanckoronie, w „Leśnym Ogrodzie” czy też „Forest Garden”, jak kto woli. Niesamowite miejsce, cudowna energia, cisza, spokój, zapach lasu, śpiew ptaków. Przyjechałam tu, by się zrównoważyć i tak też się stało.

Ubiegły tydzień dostarczył mi dużo pozytywnych wrażeń, pozytywnych do tego stopnia, że ogarnęła mnie euforia. Poszybowałam w górę i co się okazało? Że euforia jest także wyczerpująca i pochłania energię. Jak wahadło, raz w jedną, raz w drugą stronę. Zawsze następuje odbicie. Efektem tego była prawie nieprzespana noc z czwartku na piątek i piątkowe poranne osłabienie. W takim nastroju zawitałam w Lanckoronie. Trzy dni praktyki – ćwiczeń, medytacji, rozmów, spacerów wróciły mnie do stanu równowagi.

Właśnie rozmowy – to one nasuwają mi się jako pierwsze wspomnienie z tego wyjazdu.

Rozmawialiśmy między innymi o poddaniu. Powiedzenie „nie dam już rady” i poproszenie o pomoc. Może to być wołanie do Boga, do Wszechświata, do Aniołów.
Poddanie – położenie się na plecach, z odkrytym brzuchem, nogami bezsilnymi, barkami bezwładnymi. I tylko jedno słowo „pomóż mi”. Trudno w to uwierzyć, ale kto doświadczył, wie o czym mówię. Pomoc przychodzi w postaci ludzi, tzn. przypadków, zdarzeń… Ja to nazywam cudami. Wiem, to bardzo trudne puścić kontrolę, zaufać. Wiem, bo jestem z tych co lubią planować, mieć poczucie sprawczości. Tak… też się uśmiecham, przecież to mrzonki i czcze życzenia… „Nie rozśmieszaj boga swoimi planami” – zwykł mawiać mój przyjaciel.
 Poddanie to dojście do ściany, to brak pomysłu, koncepcji, to powiedzenie sobie „niech się dzieje” i otwarcie się na to co przychodzi. I to COŚ przychodzi. Do mnie przyszło. Dziękuję.

Dodaj komentarz