Wylegiwałam się dziś rano w łóżku, co jest jednym z moich ulubionych zajęć i zastanawiałam się nad tym, jaki był dla mnie 2017 rok. Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to początek, a w zasadzie początki. Tak, to był dla mnie rok początków.
Otóż w tym roku m.in:
–  Zaczęłam pracować jako coach, prowadziłam coachingi grupowe z młodzieżą. Robiłam to pierwszy raz w życiu, a wydawało mi się, jakbym pałała się tym zajęciem co najmniej od kilku lat.

– W mojej regularnej pracy pojawiło się NOWE: nowe obowiązki, praca z nowymi ludźmi, nad nowymi projektami. Dużo nowych tematów, emocji, przeżyć.

– Po raz pierwszy pojechałam sama na wakacje z dziećmi, tylko my w trójkę.

– Zadebiutowałam jako konferansjer podczas imprez plenerowych co sprawiło mi ogromną frajdę.

– Doświadczyłam siły kobiet, ich wsparcia. Dużo kobiet było przy mnie w tym roku, za co jestem im ogromnie wdzięczna. Za motywacje, zrozumienie, słowa otuchy.

– Zobaczyłam jak to żyć samej, bez męskiej adoracji.

– Zaczęłam psychoterapię..

W tym roku dużo podróżowałam. Zaczęło się już w styczniu i tak trwało do listopada: Austria, Chorwacja, USA, Grecja, Włochy… Spełniło się moje marzenie – zobaczyłam Nowy Jork. Tak bardzo chciałam tam być i byłam.

Kiedy spoglądam na ten rok, widzę przede wszystkim pracę, a w niej nowe wyzwania oraz podróże. Ogólnie było intensywnie, taki pracowo-wyjazdowy ruch.

2017 był też rokiem postu. Mało jeździłam na rowerze (tylko raz byłam w górach), nie biegałam, mało pływałam, jogi też jakby mniej, nie byłam w Tatrach, w górach tylko kilka razy. Mało muzyki, koncertów, po raz pierwszy od wielu lat nie byłam na Off Festival. Mało endorfin. Mało takiej wewnętrznej, z trzewi radości. Mało tańca, wesołości i zabawy. Jeżeli miałabym wskazywać na dominującą emocję, to w tym roku był nim smutek. I tak jakby właśnie wszystkie powyższe aktywności odsunięte zostały w kąt, aby przypadkiem endorfiny za bardzo się nie rozpanoszyły w moim wnętrzu. Bo tam rozgościł się smutek. Smutek pomijany, zamiatany pod dywan w poprzednich dwóch latach, teraz mógł sobie wybrzmieć. Było mi to potrzebne, bo przecież to, co chowany lub przed czym uciekamy, zawsze wraca i to ze zdwojoną siłą.

Ten rok był dla mnie. Zajmowałam się sobą, zawarłam dużo nowych znajomości. Coraz lepiej potrafię czytać siebie, słuchać swego ciała. Podejmować decyzje w zgodzie z sobą. Nauczyłam się, że jeżeli się waham, to nie do końca jest moje oraz tego, że nie wszystko co do mnie przychodzi, jest dla mnie.
Życie to umiejętność wyboru tego, co nam służy i rezygnacji z tego, co nas osłabia, chociaż nierzadko to coś mami, uwodzi i błyszczy. Wtedy należy sobie zadać pytanie – czy to naprawdę jest moje, mojej duszy, czy służy jedynie wypełnieniu pustki, czy też chwilowej, powierzchownej radości.

Jestem ogromnie wdzięczna za to, co przyszło i za to, co odeszło. Dziękuję Ci 2017 roku, mój wspaniały nauczycielu.

Dodaj komentarz