Byłam na warsztatach z metody Feldenkraisa. I mam taką refleksję związaną z pracą z/nad ciałem. Właśnie Z czy NAD? Dostrzegłam pewnego dnia, że to ogromna równica.

Będąc 20-latką ćwiczyłam aerobic. Pracowałam wówczas wybitnie nad ciałem. Jeden, dwa, trzy… osiem, osiem, siedem, sześć… Jeszcze osiem, kolejne osiem. Nie do końca wtedy lubiłam swoje ciało, nie akceptowałam go, a to z brzuchem było coś nie tak, a to z udami…

Po ciążach, już jako 30-latka postanowiłam skosztować jogi, która zresztą od dłuższego czasu chodziła mi po głowie. Pamiętam pierwsze zajęcia – co za nuda, nic się nie dzieje, pot się nie leje, nie wychodzę z zajęć czerwona i zmęczona. I te sugestie: wsłuchuj się w ciało, obserwuj ciało, zobacz gdzie masz granice, nie przekraczaj tych granic, nie porównuj, ćwicz bez ambicji, każdy jest inny, każdego dnia jesteś inna, poznawaj siebie… Dla mnie była to rewolucja w podejściu do pracy nad ciałem. Po roku czy dwóch latach praktyki zaskoczyłam, że to nie praca NAD tylko Z ciałem.

Ciało to też przecież ja – tak jak kocham siebie, tak kocham swoje ciało, tak jak postrzegam siebie, postrzegam swoje ciało, tak jak wymagam od siebie, wymagam od swego ciała. Zmiana myślenia momentalnie wpłynęła na moją uważność, ale także i stosunek do ciała, które kocham i szanuję, bo jest moje, jedyne i niepotwarzalne. Szanuję je, dbam o nie, ponieważ mnie nosi i pozwala mi robić wiele fascynujących rzeczy. Jak kiedyś przeczytałam jest naczyniem dla mojej duszy :).

Dzisiaj podczas warsztatów doznałam kolejnego odkrycia. Otóż w pewnym momencie zauważyłam, że podchodzę do polecenia z założonym nieświadomie filtrem – joga. Czyli, jeżeli podnoszę nogę, to pilnuję, by plecy były proste, by się nie poruszały, a przecież prowadzący poprosił jedynie „podnieś nogę tak, by było łatwo”. Nie powiedział jak to zrobić, niczego nie nakazywał, niczego nie zabraniał. Mogłam to zrobić w dowolny sposób, a jednak nieświadomie narzuciłam sobie ograniczenia. Dopiero kiedy po pewnym czasie dodał, że możemy to zadanie zrobić tak, jak chcemy, zaangażować dowolne części ciała, dowolne mięśnie, tak, aby było nam – tu powtórzył – po prostu łatwo i wygodnie, zaskoczyłam, że da się inaczej. Moje ciało jakby samo zaczęło szukać rozwiązań. Wystarczyło, że popuściłam, poluzowałam, że mniej myślałam, że mniej kombinowałam, mniej chciałam, a rozwiązania się pojawiały.
Twórca tej metody za przykład daje małe dzieci, które poprzez wielokrotne próbowanie, małymi kroczkami dochodzą same do pełzania, raczkowania, chodzenia. Jest w nas ta swoboda, kreatywność, mądrość ciała, tylko z biegiem lat sukcesywnie ją zakrywamy.

I tę lekcję aż chce mi się przełożyć na sferę psyche. Ile razy sama sobie nakładam ograniczenia, które powodują pierwszą myśl „nie da się”? A czasami można uruchomić zupełnie inne mięśnie i okazuje się, że da się. Sztywność zabija. Poddanie się, zaufanie wewnętrznej mądrości wyzwala.

Dodaj komentarz