„Amy” – film o Amy Winehouse, bardzo utalentowanej, ale i bardzo słabej dziewczynie. Dziewczynie, wokół której zabrakło silnej i mądrej kobiety, która nauczyłaby ją jak żyć, jak się bronić, jak się nie dać zniszczyć. Dziewczynie z ogromnym głodem miłości, która łapie wszędzie jej okruchy. Dziewczynie wykorzystanej przez mężczyzn – ojca, chłopaka, którzy jak pasożyty żerowali na jej sławie i jej słabości. Dziewczynie, której nikt nie słucha, której każe się robić rzeczy do niej niepasujące, rzeczy, których nie potrafi udźwignąć i ucieka w używki, która nie chce grać dużych koncertów, która nie chce być piosenkarką tylko wokalistką jazzową. 

Przejmująca jest zmiana jaka w niej następuje – z uśmiechniętej, pewnej siebie, swobodnej, dowcipnej dziewczyny, której oczy błyszczą, które kocha śpiewać, pisać piosenki, dla której sensem życia jest muzyka, w kanciasty szkielet o pustym spojrzeniu, któremu już na niczym nie zależy. „Wolałabym się zabić niż być sławną” – mówi. Ona jeszcze nie jest sławna, a już wie, że tego nie udźwignie. Bardzo smutny film.

Amy poznałam na etapie kiedy już się staczała, nie należałam do jej fanek, znałam zaledwie kilka piosenek. Kiedyś włączyłam jej koncert i nie byłam w stanie go do końca zobaczyć. Mogłam jej słuchać, ale nie mogłam na nią patrzeć. Jej ruchy były już kwadratowe, mimika niekontrolowana. Estetycznie dla mnie była nie do przyjęcia. Dlatego bardzo ciekawa byłam tego filmu. I zobaczyłam w nim fajną dziewczynę, którą naprawdę da się lubić, przyjazną, przystępną i niezwykle autentyczną. Ona wyrażała całą siebie, bez zasłon, emocje kładła na stole, obnażała się, była w 100% sobą. Jej się wierzyło. 
I rozumiem ją, że nie mogła śpiewać ciągle tych samych piosenek, ponieważ jej piosenki były jej życiem, a życie się zmieniało. Wracając do piosenek ona tym samym robiła krok wstecz, wracała do przeszłości, zamiast iść do przodu. A oczekiwano od niej, że będzie karmiła widownię przebojami. Ona tych reguł nie kupowała, ona nie chciała się nagiąć. Jestem albo sobą albo mnie nie ma, zdaje się mówić. Wybór zero-jedynkowy. Wybrała to drugie.

Ale to tylko film i tylko moje wrażenia, a jak było naprawdę, wie Ona.


Ten post ma jeden komentarz

  1. Po przeczytaniu twojej recenzji chętnie zobaczę film. Miałam podobne odczucia do twoich co do Amy. Jej głos piękny, o głębokiej barwie, z cała jakas niewypowiedziana historia w tle nie do końca korelowal z obrazem. Jej historia to kolejny przykład na to, ze nie warto byc kimś innym, zadowolić innych, bo wtedy oszukujemy siebie i płacimy za to wysoka cenę.

Dodaj komentarz