Trudny, ale i bardzo odkrywczy miałam dziś dzień. Wymiętosił mnie emocjonalnie. Wieczorem byłam padnięta. Nie miałam ochoty na nic. A dzieci „mamo to, mamo tamto, mamo powygłupiaj się, mamo chodź coś zrobimy… itp.” Wykrzesałam z siebie tyle energii, by zaproponować pójście do sypialni, położenie się na łóżku i… może coś z tego wyjdzie. I wyszło! 

Zaczęliśmy od rozmów, potem zrobiliśmy razem samoloty, wyprzytulaliśmy się, a na koniec zaczęliśmy się nawzajem rozśmieszać – kto z nas ma najgłośniejszy śmiech, kto wysoki, kto niski, kto najdziwniejszy….. „Mamo, patrz na mnie i nie możesz się nic a nic uśmiechnąć’. Wiadomo, jak się kończyło J.  Leżeliśmy na łóżku i śmialiśmy się na całe gardło. Cudowne uczucie. 

Tak niewiele, a AŻ tak wiele. Pośmiać się, po prostu, z niczego, bez powodu, przez kilkanaście minut. Spędziliśmy niespiesznie, w dużej bliskości i radości piękną godzinę. 


Ten post ma 2 komentarzy

  1. My mamy taka zabawę w "gilgotanie"…jest dla mnie jak super terapia odstresowujaca po pracy i wypełnia wspólna potrzebę bliskości i ciepła:) plus spontaniczny niewymuszony śmiech i uwolnienie endorfin – to działa:)

Dodaj komentarz