Jedni lubią dzień swoich urodzin, inni najchętniej w tym czasie zniknęliby z powierzchni ziemi. Zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy. Odkąd sięgam pamięcią robiłam drobne przyjęcia, większe i mniejsze imprezy, czasami świętowałam kilka dni. Po prostu bardzo lubię celebrować ten dzień. Życzenia, słowa, energia, którą wtedy otrzymuję, uważam za wielkie dobro i z ogromną radością je biorę.
W tym roku także postanowiłam świętować. Miałam okazję nie pracować, więc nie pracowałam. Już po godz. 8 miałam pierwszego gościa na kawie. Potem zrobiłam sobie prezent w postaci fantastycznego, dwugodzinnego masażu tajskiego ciepłymi olejkami, wykonywanego przez Tajkę o cudownych, pełnych miłości dłoniach. Czysta rozkosz, po prostu. Kupiłam duży tort. Kolejna pyszna kawa, a wieczorem mój dom wypełnił się rodziną, przyjaciółmi, dziećmi. Było głośno, gwarno, wesoło, żywo…
Otrzymałam mnóstwo życzeń, przepiękne kwiaty, prezenty sprawiające mi radość, m.in. książki: „Wiersze wybrane” Szymborskiej, wiersze Poświatowskiej, „Potęgę teraźniejszości” Eckharta Tolla, perfumy, biżuterię, czołówkę, płytę Wojtka Mazolewskiego „Chaos pełen nadziei”…
I jeszcze w kwietniowym „Zwierciadle”, które pojawiło się w sklepach dzień przed moimi urodzinami, ukazały się fragmenty mojego pamiętnika, którym wygrałam konkurs „Dzień pod dniu”. Czyż nie cudny kolejny urodzinowy prezent?
Moje serce przepełniała radość, a dobra energia sprawiała, że czułam, iż unoszę się parę centymetrów nad ziemią.

Każdego dnia dziękuję za dobrych ludzi, których mam wokół siebie. To dar, nad dary!

Dodaj komentarz