Rzadko mi się zdarza, aby w ciągu jednego dnia aż dwa razy być w kinie i to na dodatek w różnych miastach. W zasadzie, pierwszy raz tak mi się zdarzyło :).

Około południa wybrałam się z dziećmi na „Gwiezdne Wojny”. Przez niemal cały grudzień oglądaliśmy razem wcześniejsze części. Nie mogliśmy się doczekać tej najnowszej. Ponad dwugodzinne widowisko bardzo nas zadowoliło. Nawet nie wiem kiedy ten czas upłynął. Wartka akcja, dużo nawiązań do poprzednich epizodów. Moja siedmioletnia córka nie mogła zrozumieć dlaczego Leia i Han Solo są tacy starzy :). Trochę zabrakło mi sentencji „Yodowych”, składających do refleksji, no ale przecież Zakonu Jedi już nie ma… Ale jest szansa, że będzie ;). Kilka wątków aż się prosi o rozwinięcie w kolejnym epizodzie.

Po południu otrzymałam propozycję, by pojechać z przyjaciółmi na film „Ma ma” z moją ulubioną Penelope Cruz. Od razu na nią przystałam. Film całkowicie odmienny, to nie widowisko, bajka, ale po prostu życie w całej swej palecie barw. Z jednej strony jest tu śmierć żony i dziecka, choroba – rak piersi, cierpienie związane ze zdradą i rozstaniem, a z drugiej strony ogromna chęć życia, wiara w miłość, darowanie bliskości i wsparcia. Główna bohaterka walczy o każdy dzień swojego życia, o swoje marzenia. Mówi „wierzę w życie, ponieważ widzę, że jest”, nie zamartwia się życiem po śmierci, ponieważ nie wie czy takie w ogóle istnieje. Jest tu i teraz. Mówi do syna „żyj i nie krzywdź innych i siebie”. Przepłakałam prawie cały film. Penelope była rewelacyjna.

Dodaj komentarz