Byłam na fenomenalnym koncercie młodego chłopaka, zaledwie 21-letniego, a jakże już dojrzałego. Fismoll, bo o nim mowa, zagrał na strunach mojej wrażliwość. Nie pamiętam kiedy muzyka poruszyła mnie w ten sposób. Piosenki – jak sam autor je określił smutne – o miłości, tęsknocie, trudnych uczuciach – to wszystko odbierałam fizycznie, broda drżała, kilka razy się popłakałam, serce biło mocniej, brakowało mi tchu, oddychałam głębiej, wzdychałam…
Piękne piosenki, dźwięczny głos, zgrabne aranże, a do tego bardzo wdzięczne podane opowieści o genezie powstania każdego z utworów, przy których śmiałam się do łez. Koncert był wczoraj, a ja jeszcze dzisiaj nim rezonuję.

Wrażliwość…

Kiedyś pomyślałam, że wrażliwość to słabość. Zawsze byłam wrażliwa… Kilka razy dostałam po dupie za okazanie wrażliwości i wtedy to ubzdurałam sobie, że wrażliwość to właśnie słabość, bo nie ma pancerza, bo łatwiej zranić. Okazywanie bezradności, płaczu, wzruszenia… to słabość. „Dam sobie radę” oznaczało bardziej – nie daje sobie przyzwolenia na słabość, na bycie nie w formie, na bycie nie w gotowości, na rozsypanie się, powiedzenie sobie – nie mam siły, koniec… Ukrywałam swą wrażliwość….
Ale nastąpił taki moment, że rozsypałam się, rozciekłam, ogarnęła mnie totalna bezsilność i wtedy, już nieco bardziej świadoma i dojrzała, pozwoliłam sobie zaryzykować i z tym nie walczyć. Dać temu być. I co? I przetrwałam :), podniosłam się, otrzepałam kurz z ubrań i zaczęłam działać. I tak kilka razy… Od tego czasu wiem, że wrażliwość to nie słabość, że wrażliwość to uważność na siebie i na innych. I wiem, że we wrażliwości jest wielka siła.

Dodaj komentarz