Jak co dzień rano zabrałam się za jogę. Po 20 minutach ćwiczeń stwierdziłam „nie, ja teraz potrzebuję powietrza, lasu, słońca” (a widziałam piękne słońce i kolorowe liście odwożąc dzieci do szkoły). Nie zastanawiając się długo wskoczyłam w ciuchy biegowe, założyłam buty i w las. Niedługo, zaledwie 25 minut, ale uczucie cudowne – głowa przewietrzona, oczy nasycone długimi promieniami słońca przenikającymi pomiędzy drzewami, ciało rozluźnione. Ślicznie było. Pierwsza moja przebieżka od roku. Poszłam za impulsem, nie zrobiłam tego co zaplanowałam, a zrobiłam coś nieplanowanego. I dobrze mi z tym dziś było.

Za impulsem…. Długo nie pisałam, nie chciało mi się. Po prostu. Kompletnie nie miałam ochoty zasiąść wieczorem do komputera. Wolałam wtulić się w sofę z książką w ręku. Czułam się zmęczona, przede wszystkim emocjonalnie i to zmęczenie przełożyło mi się na ogólną słabość.

Mam wrażenie, że powoli energia do mnie wraca (o czym świadczy chociażby ten dzisiejszy bieg). Żyję sobie niespiesznie, nie ma we mnie gonitwy.

Cały czas brzmią mi w uszach słowa, które po raz kolejny wczoraj usłyszałam: akceptacja, odpuszczenie i cierpliwość. Cierpliwość. A tego tak często mi brak.

PS. I jeszcze jedno „za impulsem”. Kiedyś mój syn powiedział, że marzy mu się zagrać na perkusji. Dziś miał urodziny i postanowiłam mu zrobić niespodziankę. W chwili, kiedy przypomniałam sobie o tym marzeniu, chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do znajomego perkusisty. I udało się, dziś zasiadł za garami. Ogromna to radość dla mnie widzieć blask w jego oczach. Dziękuję bardzo za pomoc 🙂

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Super dziewczynko 🙂 Może teraz Ty mnie zmobilizujesz do ruszenia od kompa 😉
    I świetnie, że przewietrzony mózg przypomniał i ogarnął taką niespodziankę 🙂 Buziaki!

Dodaj komentarz