Poszłam do kina na „Zjawę”.

Wrażenia….  Przejechało przeze mnie coś ciężkiego….

Długo po projekcji czułam smak krwi w ustach…

Niesamowita jest w człowieku wola przetrwania, zwłaszcza jeżeli ma cel. Cel utrzymuje przy życiu, każe iść do przodu, mimo wszystko….
W każdym człowieku drzemie zwierzę, „wszyscy jesteśmy dzikusami”… Wystarczy stworzyć takie warunki człowiekowi lub też wystarczy, że znajdzie się on, w skutek różnych zdarzeń, w takich warunkach, a na wierzch wypływają pierwotne instynkty… 
Postawienie człowieka w skrajnych warunkach pokazuje, co tak naprawdę w nim drzemie i co nim kieruje, kim jest… 
Niesamowite zdjęcia, przepiękne obrazy nadają temu surowemu filmowi poetyckości, rozmiękczają tę surowość, to jak połączenie dwóch skrajności – jing i jang… Harmonia… Dzięki temu film przenika me ciało, wchodzi do wnętrza i dotyka czułych strun, zdecydowanie nie razi, choć wiele tu krwi, blizn, ran i „brzydoty”…
Brzydki jest człowiek, natura jest piękna i spokojna… Człowiek wprowadza zakłócenie…. 
Niewiele w tym obrazie kolorów, raczej wszelkie szarości, biel i jedyny mocny – czerwień krwi… 
Po prostu, po raz kolejny, niezawodny Inarritu.

Dodaj komentarz